Zamach Kresowiaków na Motykę



Chodzi o dr. hab. Grzegorza Motykę. To jego kandydaturę do rady IPN próbują utrącić środowiska kresowe razem ze swoim nieformalnym duszpasterzem ks. Tadeuszem Isakowiczem-Zaleskim. Rozesłali list w tej sprawie do senatorów, którzy mają głosować nad kandydaturą Motyki. Ukazały się też krytyczne teksty w "Gazecie Polskiej" i "Rzeczpospolitej". Ale problem w tym, że Motyka, od lat badający trudne relacje polsko-ukraińskie w XX w., zwłaszcza w czasie II wojny światowej i tuż po niej, nigdy nie gloryfikował ukraińskiego nacjonalizmu. Przeciwnie. Jego publikacje były często krytykowane przez ukraińskich nacjonalistów. Kresowiakom najprawdopodobniej nie podoba się w poglądach Motyki to, że nie zgadza się on z wykorzystywaniem sprawy zbrodni na Wołyniu w bieżącej polityce wobec Ukrainy. A na równi z ukraińskim nacjonalizmem i czystkami etnicznymi wobec polskiej ludności Motyka potępia antyukraińską akcję "Wisła" dokonaną w powojennej Polsce.

Marcin Wojciechowski: Dlaczego organizacje kresowe tak pana nie lubią?

Dr hab. Grzegorz Motyka: Kresowiacy przedstawiają nieprawdziwe informacje na mój temat. Słyszę, że nie uznaję czystek etnicznych wobec polskiej ludności na Wołyniu i w Galicji Wschodniej za ludobójstwo. Tymczasem wielokrotnie wypowiadałem się, że te zbrodnie noszą znamiona ludobójstwa. W książce, którą właśnie wydaję, poświęcam tym zbrodniom oddzielny podrozdział, w którym uzasadniam, dlaczego uznaję je za ludobójstwo. Dochodzi do paradoksalnej sytuacji.

W Polsce jestem krytykowany przez Kresowiaków, że jestem za bardzo proukraiński. Na Ukrainie, gdzie są doskonale znane moje prace, dostaje mi się za to, że jestem typowym polskim szowinistą albo ulegam szantażowi środowisk narodowych i organizacji kresowych. A ja po prostu staram się rzetelnie badać skomplikowane stosunki polsko-ukraińskie w XX w.

Ale już "Teki informacyjne IPN" dla nauczycieli o stosunkach polsko-ukraińskich w latach 1939-47, których jest pan współautorem, są krytykowane przez wszystkich.

- Ta sama publikacja może być radykalnie odmiennie przyjmowana przez środowiska kresowe i odbiorców ukraińskich. Nad Dnieprem uznano je za przejaw polskiego imperializmu, sam szef Rady Najwyższej mówił kilka lat temu, iż tworzą one zbyt traumatyczny, niechętny Ukrainie obraz wspólnej przeszłości. Tymczasem środowiska kresowe do dziś uporczywie twierdzą, że powstały one wręcz na zamówienie nacjonalistów ukraińskich. Co najbardziej niesmaczne, towarzyszy temu grzebanie w życiorysach i doszukiwanie się u autorów "Tek" rzekomych ukraińskich korzeni.

Może Kresowiacy mają panu za złe, że występuje pan przeciwko wykorzystaniu kwestii wołyńskiej do rozgrywek politycznych z Ukrainą, np. zmuszania władz w Kijowie, by uznały tamtą tragedię za ludobójstwo?

- Prawdopodobnie o to właśnie chodzi. Środowiska kresowe uważają, że trzeba stronę ukraińską rzucić na kolana i zmusić do uznania tragedii wołyńskiej za ludobójstwo. Uważam, że trzeba ze stroną ukraińską rozmawiać, przedstawiać własne argumenty, przekonywać. Znakomita większość polskich historyków jest zdania, że na Wołyniu doszło do zbrodni o znamionach ludobójstwa. O tym trzeba spokojnie rozmawiać, a nie używać dyktatu.

Co chciałby pan robić w radzie IPN? Nie będzie się pan tam przecież zajmował wyłącznie stosunkami polsko-ukraińskimi.

- W tej chwili najpilniejszą sprawą jest oddzielenie działalności IPN od bieżącej gry politycznej. Instytut nie powinien być zdominowany przez jedną opcję polityczną jak ostatnio. IPN winien stać się miejscem uprawiania rzetelnej nauki na możliwie najwyższym poziomie. Warto by więcej miejsca w badaniach poświęcić okresowi II wojny światowej i zbrodniom nazistów. Aż prosi się o powstanie całościowego opracowania dotyczącego akcji "AB", czyli wymordowaniu przez Niemców w 1940 r. kilku tysięcy przedstawicieli polskiej inteligencji. Rok temu przecież minęła 70. rocznica tych wydarzeń.

Źródło: Gazeta Wyborcza
http://wyborcza.pl/1,75248,9062828,Zamach_Kresowiakow_na_Motyke.html