List do Senatu Rzeczypospolitej Polskiej



Wrocław 4.02.2011 r.



Szanowny Panie Marszałku, Szanowni Senatorowie!


Jako członkowie rodzin pomordowanych przez OUN-UPA, zrzeszeni w Stowarzyszeniu Upamiętnienia Ofiar Zbrodni Ukraińskich Nacjonalistów, po zapoznaniu się z komunikatem informującym o UCHWALE ZGROMADZENIA ELEKTORÓW z dnia 21 stycznia 2011 r. w sprawie wyboru kandydatów do Rady Instytutu Pamięci Narodowej - Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu, stanowczo protestujemy przeciwko przedstawianej Senatowi kandydaturze doktora Grzegorza Motyki na członka zarządu IPN.

SUOZUN w celu upamiętniania ofiar od 1992 roku gromadzi i opracowuje świadectwa zbrodni banderowskich ludobójców. W tym zakresie ściśle współpracuje z Instytutem Pamięci Narodowej i Radą Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa. Bierze udział w konferencjach naukowych i uważnie śledzi wszystkie publikacje dotyczące problematyki OUN i tzw. UPA.

UPA stała się synonimem zniszczenia, ognia i mordów. W swoim nihilizmie w stosunku do własnego narodu miała potężnego protektora, który wspierał ją nie tylko moralnie, ale inspirował i wyposażał zbrojnie, z którym sprzęgła się na śmierć i życie, staczając się coraz niżej, na samo dno narodowej zdrady. Tym sojusznikiem okazali się rzekomi rzecznicy sprawy ukraińskiej - hitlerowscy siepacze.

W obiegu publicystycznym funkcjonuje już pojęcie "motykowania historii", oznaczające uporczywe szukanie w archiwach dokumentów potwierdzających z góry założoną tezę, publikowanie tych dokumentów w sposób tendencyjny (nawet przez dobór cytatów), przy jednoczesnym ignorowaniu wszelkich innych źródeł informacji. Należy podkreślić, że za fałszowanie historii czytelnicy londyńskich pism "Głos Emigracji'" i "Kwartalnik Kresowy" (nr 8) przyznali Grzegorzowi Motyce niechlubną nagrodę "Oślich Uszu".

Stwierdzamy kategorycznie, że z powodu wątpliwej pod względem naukowym działalności badawczej Grzegorza Motyki nasze Stowarzyszenie jest zmuszone poświęcać wiele czasu i wysiłku na demaskowanie półprawd, które jawią się nam jako kłamstwa i manipulacje.

Nazwa IPN jest zobowiązująca. Jak wynika z tej nazwy, IPN powinien być instytucją, w której pracują kustosze pamięci narodowej, ludzie zasłużeni dla upamiętniania dziejów Narodu Polskiego. Z całą pewnością Motyka do nich nie należy.

Droga półprawd (które prowadzą do kreowania zafałszowanej wizji dziejów) Grzegorza Motyki rozpoczęła się wtedy, gdy założył on, że "celem prowadzonej w PRL negatywnej propagandy na temat UPA było zniechęcenie Polaków do idei niepodległości Ukrainy, ukojenie tęsknoty za kresami wysiedlonych Polaków i przedstawienie funkcjonariuszy Polski Ludowej walczących z UPA jako polskich patriotów".

Fałszywość tego założenia jest oczywista. Ludobójstwo popełnione przez UPA na Kresach Wschodnich II Rzeczypospolitej było w PRL tematem tabu. Co więcej, pierwsze poważne opracowanie tego tematu dokonane przez Antoniego B. Szcześniaka oraz Wiesława Z. Szotę w wydanej w 1973 r. pracy "Droga donikąd" zostało na żądanie ambasadora ZSRR wycofane z obiegu publicznego!

Ihor Iljuszyn i Grzegorz Motyka zgodnie uważają, że "historiografie niepodległej Ukrainy i Polski odziedziczyły po epoce komunizmu zniekształcony obraz UPA i stosunków polsko-ukraińskich, w związku z czym muszą od podstaw prowadzić badania tej tematyki". Dla G. Motyki "Zbrodnie popełnione na polskiej ludności cywilnej są krwawą skazą na ukraińskim ruchu partyzanckim. I cechą, jak się wydaje, wyróżniającą go spośród innych ruchów antykomunistycznych w Europie Środkowo-Wschodniej." Tak więc zbrodnia ludobójstwa jest tylko "skazą" i "cechą", a OUN-UPA pozostaje "ukraińskim antykomunistycznym ruchem partyzanckim". Równie dobrze G. Motyka mógłby dowodzić przez analogię, że NSDAP i SS to "niemieckie organizacje antykomunistyczne", na których ciąży drobna "skaza" Holokaustu.

W naszej ocenie dr Grzegorz Motyka realizuje jakąś swoją misję korygowania rzekomo zniekształconego wizerunku OUN-UPA i jawi nam się jako swojego rodzaju "adwokat" UPA. Z tego względu prowadzone przez niego badania archiwalne i analizy są pozbawione cech obiektywności, mają po prostu charakter stronniczy. Materiał dotyczący wszystkich poczynań, które jawią się nam jako kłamstwa i manipulacje, jest zbyt obszerny, jesteśmy więc zmuszeni ograniczyć się do podania w załączniku zamieszczonym do naszego listu otwartego jedynie najbardziej jaskrawych przykładów wypaczania przez Grzegorza Motykę prawdy historycznej.

Przedstawiony tu fragmentaryczny z uwagi na brak miejsca materiał jednoznacznie przedstawia sylwetkę G. Motyki jako historyka wyjątkowo nierzetelnego i tendencyjnego, który zawęża problem ludobójstwa wyłącznie do Wołynia, tworzy obraz działalności UPA na podstawie wyselekcjonowanych dokumentów, stosuje nieadekwatną terminologię, przyczyniając się tym samym do nobilitacji OUN-UPA. Naszym zdaniem adwokat zbrodniczej organizacji odpowiedzialnej za zbrodnie na ludności polskiej nie jest w IPN potrzebny. IPN jest instytucją do zachowania pamięci polskich obywateli - ofiar. Nie potrzebuje specjalistów od usprawiedliwiania katów. Jeśli dr Motyka pragnie studiować "chwalebne" strony działalności OUN - UPA, niechaj to czyni na własny rachunek.

W tej sytuacji nasze Stowarzyszenie nie może postąpić inaczej, jak tylko domagać się stanowczo, by dr Grzegorz Motyka nie znalazł się w Radzie Instytutu Pamięci Narodowej - Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu. Musimy działać zgodnie z naszym Statutem oraz zgodnie z Uchwałą Sejmu z dnia 15 lipca 2009 roku o upamiętnianiu ofiar masowych mordów dokonanych przez ukraińskich nacjonalistów. Działalność Grzegorza Motyki jest sprzeczna z wymienionymi dokumentami.

Nasz list otwarty zostanie zamieszczony na stronie internetowej SUOZUN, opublikowany w naszym periodyku "Na rubieży", zwrócimy się o poparcie do innych organizacji społecznych, kombatanckich i patriotycznych. Jeśli nasza petycja i przedstawione w niej argumenty nie odniosą skutku, będziemy zmuszeni zaostrzyć formy protestu.


Z poważaniem
Szczepan Siekierka
Prezes Stowarzyszenia Upamiętnienia
Ofiar Zbrodni Ukraińskich Nacjonalistów we Wrocławiu

Do wiadomości:
1) Sejm - Kancelaria Sejmu: ul. Wiejska 4/6/8 00-902 Warszawa
2) Kancelaria Prezydenta listy@prezydent.pl ul. Wiejska 10 00-902 Warszawa
3) Kancelaria Premiera kontakt@kprm.gov.pl 00-583 Warszawa, Al. Ujazdowskie 1/3
4) Instytut Pamięci Narodowej ul. Towarowa 28, 00-839 Warszawa
5) Instytut Pamięci Narodowej ul. Reformacka 3, 31-012 Kraków
6) Rada Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa 00-926 Warszawa ul. Wspólna 2 (IV p.)
7) Media

Załącznik do LISTU OTWARTEGO DO SENATU RZECZYPOSPOLITEJ POLSKIEJ

1) Stosowanie nieadekwatnej terminologii, eufemizmów. Ludobójstwo dokonane na bezbronnej ludności nazywane jest przez Motykę "akcją antypolską", czyli dokładnie tak, jak w oficjalnych dokumentach OUN-UPA. Naśladując banderowską propagandę, operuje on też takimi pojęciami jak: „ataki na polskie miejscowości”, „usuwanie Polaków z naszych ziem”, „działania przeciwko Polakom”, „wydarzenia wołyńskie”, „wydarzenia w Galicji Wschodniej”, „przepędzenie ludności polskiej”, „wojna ”, „krwawy konflikt, który rozgorzał” (bezosobowo, jak zjawisko pogodowe!), „wybuch powstania” (powstanie jest akcją zbrojną przeciw aktualnej władzy, czyli powinno być skierowane przeciwko Niemcom, a nie bezbronnej ludności), „uzyskać teren czysty etnicznie”, „banderowska akcja”. Przede wszystkim jednak posługuje się eufemizmem „antypolska akcja”, który w opracowanych przez siebie Tekach edukacyjnych, przeznaczonych dla uczniów szkół średnich, używa aż 35 razy.

Grzegorz Motyka odrzuca używanie pojęcia „ludobójstwa” w stosunku do zbrodni OUN - UPA, pomimo że tylko taka wykładnia prawna jest poprawna. W "Rzeczpospolitej" (12, 24-25.05.2003) pisze: "Trudno zgodzić się z tak kategorycznym podejściem. "Ludobójstwo" jest terminem prawnym sprowadzającym wszystko, co wówczas wydarzyło się na Wołyniu, do problemu odpowiedzialności prawnej".

2) Spłycanie czy wręcz pomijanie źródeł ideowych, na których oparła się ludobójcza działalność OUN-UPA. W Tekach edukacyjnych nie ma wzmianki o ideologii, która pchnęła Ukraińców-Haliczan, zorganizowanych w OUN-UPA, do wyrafinowanych zbrodni na Polakach, będących częstokroć ich bliskimi krewnymi. Całe to barbarzyństwo popełniane w imieniu własnym, czy też na żądanie hitlerowskich Niemiec oraz wspólnie z nimi, staje się niezrozumiałe bez uwzględnienia ideologii ukraińskich nacjonalistów. Grzegorz Motyka, aby nie być posądzonym, że w ogóle nie wspomina o nacjonalistycznej ideologii OUN, na stronie 14 Tek edukacyjnych cytuje nawet urywki z tzw. „dekalogu nacjonalisty”, z tym że przemilcza pełną nazwę tego dokumentu, która brzmi: „dekalog ukraińskiego nacjonalisty”. Ponadto podaje, że punkt 7. tego Dekalogu brzmi: „Nie zawahasz się wykonać najniebezpieczniejszego czynu, kiedy tego wymaga dobro sprawy”. Wydaje nam się, że JEST TO ŚWIADOME FAŁSZERSTWO DRA GRZEGORZA MOTYKI, bo ów punkt głosi: Nie zawahasz się wykonać największego przestępstwa (ew. największej zbrodni), jeśli tego wymagać będzie dobro Sprawy. Ukraińskie słowo „złoczyn” nie może być tłumaczone jako „najniebezpieczniejszy czyn”. „Złoczyn” znaczy „przestępstwo” lub „zbrodnia” i nie ma innych znaczeń. NASTĘPNE ZNIEKSZTAŁCENIE RZECZYWISTOŚCI dotyczy innego punktu Dekalogu… W tłumaczeniu dra Grzegorza Motyki punkt ten brzmi: „Nienawiścią i bezwzględną walką będziesz przyjmował wroga Twego Narodu”. A POWINNO BYĆ: „Nienawiścią i podstępem będziesz przyjmować wroga Twojej Nacji”. Podstęp znaczy „pidstup”, a walka znaczy „borotba” - pomylić te pojęcia może tylko ten Ukrainiec, który chce je pomylić.

3) Manipulacja słowem, zmierzająca do zmniejszenia odpowiedzialności OUN - UPA za zbrodnie. G. Motyka pisze np.: "W latach 1943-1944 w ramach antypolskiej akcji próbowała (UPA) usunąć siłą Polaków z ziem uznanych za ukraińskie, co przerodziło się w masowe rzezie ludności cywilnej". Otóż UPA niczego nie próbowała, UPA planowo, zgodnie z rozkazem dowódcy UPA Mikoły Łebedia, przystąpiła do rzezi bezbronnej polskiej ludności Wołynia. Rozkaz był krótki: "natychmiast i jak najprędzej zakończyć akcję totalnego oczyszczenia ukraińskiego terytorium z ludności polskiej".

Oto kolejny przykład. Na str. 29 Tek edukacyjnych przytoczony został rozkaz dowódcy UPA na Pogórzu Przemyskim i w Bieszczadach mjr. Wasyla Mizernego „Rena”: „[…] przypominam, że nakazane w poprzedniej instrukcji chwytanie i zwalnianie żołnierzy wrogich armii, nie będących indywidualnie odpowiedzialnymi za przestępstwa przeciwko ukraińskiej ludności - jest obowiązkiem…" Rozkaz ten Motyka opatruje pytaniami: „Określ, w jaki sposób nakazywano traktować jeńców, którzy dostali się do niewoli UPA? Wykorzystując wiedzę źródłową i pozaźródłową, odpowiedz, co było przyczyną takiej dyrektywy (...)".

Czemu ma służyć zapoznawanie młodzieży polskiej z czymś, czego realnie w tzw. UPA nie było? Jeśli nawet taki świstek papieru został znaleziony w archiwach, to najwyraźniej intencją jego publikacji jest dążenie do zakrycia nim obrazu dziesiątków tysięcy zmasakrowanych ciał nieszczęśników, którzy trafili w ręce bandytów z tzw. UPA.

4)Manipulacja faktami, zmierzająca do obciążania Polaków zbrodniami popełnionymi przez Niemców. Stanowi ją m. in próba obciążenia sumienia Polaków zbrodnią w Malinie. W 1998 r. w kwartalniku „Karta” nr 24 ukazał artykuł dra Grzegorza Motyki, podówczas historyka związanego z IPN, pt. Polski policjant na Wołyniu, oskarżający Polaków (konkretnie: polską policję pomocniczą, sformowaną przez niemieckiego okupanta) o wymordowanie w lipcu 1943 r. wespół z Niemcami czeskiej kolonii Malin na Wołyniu. Ofiarami masakry miało paść 624 Czechów i 124 Ukraińców (co, wedle dra Motyki, „potwierdzają inne źródła”). Autor powołał się na Lwa Szankowśkiego, emigracyjnego historyka ukraińskiego z Kanady, ponoć „jednego z najlepszych znawców dziejów UPA”.

"Błąd" G. Motyki został zdemaskowany przez Jaroslava Meca, przedstawiciela Stowarzyszenia Czechów Wołyńskich, w referacie wygłoszonym na sympozjum „Ludobójstwo i wygnania na Kresach” w Centrum Dialogu i Modlitwy w Oświęcimiu. Mec, przedstawiając męczeństwo wołyńskich Czechów podczas II wojny światowej, opisał zagładę Malin - „największą tragedię wołyńskich Czechów”. Sprawcami zbrodni byli Niemcy, którzy „spędzili mieszkańców do cerkwi, szkoły i niektórych budynków, po czym polali je benzyną i zapalili”. Również liczba ofiar, podana przez Motykę, nie odpowiada prawdzie. Zginęło bowiem 374 Czechów (w tym 105 dzieci), poza tym 132 ich ukraińskich sąsiadów oraz 26 Polaków.

W 2000 r. na rynku wydawniczym ukazało się Ludobójstwo dokonane przez nacjonalistów ukraińskich na ludności polskiej Wołynia 1939-1945 autorstwa Ewy i Władysława Siemaszków - wspaniała, monumentalna, blisko 1500-stronicowa praca, oparta na przebogatym materiale źródłowym. Autorzy powołują się na wiele źródeł, w tym na ustalenia komisji śledczej, utworzonej przez generała Ludwika Svobodę, dowódcę Pierwszego Samodzielnego Korpusu Czechosłowackiego w ZSRS. Siemaszkowie cytują wypowiedź Jaroslava Meca, będącą w istocie podsumowaniem sporu o zbrodnię w Malinie: „Pragnę poinformować, że według znanych mi dostępnych dokumentów nigdy nie zetknąłem się z tymi [o Polakach pacyfikujących Malin] informacjami. (...) Nikt i nigdy nie miał wątpliwości, że zbrodni tej dokonali Niemcy przy udziale policji ukraińskiej” (Władysław Siemaszko, Ewa Siemaszko, Ludobójstwo..., s. 79).

Zbyt dużo jest tu niezgodności z faktami, aby uznać, że to tylko "błąd w sztuce". Dlaczego dr Motyka z uporem "mylił się" na temat zbrodni w Malinie, dlaczego nie sięgnął do źródeł czeskich? Nieodparcie nasuwa się odpowiedź, że realizuje on z góry założone zadanie - zminimalizować zbrodnie banderowców i stworzyć wrażenie "symetrii zbrodni". Dopiero cztery lata po udowodnieniu prawdy G. Motyka przyznał się częściowo do "błędu", jednak uparcie zastrzegał, że ocaleni z zagłady w Malinie Czesi "mogli nie zauważyć polskich policjantów".

5) Dr Motyka stawia znak równości między AK a UPA. Czyni to m. in. w artykule "Ukraińska Armia Krajowa" ("Wprost", 06.10.2002).

6) Stara się udowodnić, że Stepan Bandera nie jest odpowiedzialny za zbrodnie na polskiej ludności Kreów. W wywiadzie udzielonym „Przeglądowi” (2008-07-21, nr 30) stwierdza: "Bandera nie jest bezpośrednio odpowiedzialny za zbrodnię wołyńską, ponieważ w tym czasie znajdował się w niemieckim obozie koncentracyjnym". To kolejne mijanie się z prawdą historyczną. Chcąc uzyskać rzetelną wiedzę, wystarczy zwrócić się (nawet za pośrednictwem poczty elektronicznej) do muzeum obozowego w Sachsenhausen. Dostępne dla każdego dokumenty archiwalne stwierdzają, że Stepan Bandera przybył do obozu w Sachsenhausen dopiero w październiku 1943 r. W czasie kulminacji wołyńskiej zbrodni Bandera nie przebywał w obozie Sachsenhausen! Motyka lekceważy dokumenty. Wykazuje się zadziwiającą, jak na historyka, nonszalancją. Przejawia wielką łatwość odrzucania faktów niewygodnych dla założonej tezy.

7) W książce Pany i rezuny. Współpraca AK-WiN i UPA 1945-1947 Warszawa, 1997, obszernie stara się udowodnić, że taka współpraca była. Jest to temat marginalny, spychajacy jedynie opinię polską na boczny, może nawet ślepy tor, albowiem do współpracy AK jako takiej i UPA jako takiej nigdy nie doszło. Temat "współpracy" powinien dr Motyka zacząć od szczegołówego omówienia sprawy zorganizowania, z inicjatywy ounowców, przez nauczyciela Celestyna Dąbrowskiego, zlożonego z Polaków 20-osobowego oddziału, który, razem z UPA, miał rzekomo walczyć z Niemcami, faktycznie zaś nie tylko ten oddział, ale też cała ludność Dominopola podstępnie została przez UPA-SB wymordowana. Opisał to Danyło Szumuk, politruk UPA. Powinien zacząć od omówienia przyczyny śmierci porucznika Zygmunta Rumla i Krzysztofa Markiewicza, których, gdy w lipcu 1943 roku udali się na spotkanie z UPA jako parlamentariusze, zamordowano w sposób podstępny i okrutny. Dlaczego dr Motyka zataja te fakty - oto jest pytanie. Przecież to były bardzo ważne momenty w kontaktach AK - UPA. Niestety, nie pasowały dr Motyce do założonej i forsowanej tezy.

8) Dr Motyka nie ukrywa nawet swojej sympatii do OUN - UPA. Napisał bowiem na stronie 52 wymienionej wyżej książki "...dziś Zachodnia Ukraina jest najbardziej uświadomionym narodowościowo regionem w całym kraju (....) ma w tym swój udział bohaterska i zarazem okrutna UPA." Skomentujemy to tak: wydaje nam się, że pan dr Motyka ma swój udział w procesie heroizacji OUN - UPA na Zachodniej Ukrainie. Zwolennicy banderowców powołują się na jego książki. A skutek jest taki, że nacjonaliści w taki sposób wspierani propagandowo z Polski już wysuwają roszczenia terytorialne wobec... Polski. A marsze we Lwowie nacjonalistów z pochodniami dokładnie przypomina narodziny faszyzmu w Niemczech. Sami Ukraińcy są przerażeni.

9) U Grzegorza Motyki ignorancja idzie w parze z arogancją. Atakuje on personalnie rzetelnych badaczy, którzy mają odwagę przekazywać prawdę o ludobójstwie dokonanym przez bandy OUN-UPA na Kresach Wschodnich II Rzeczypospolitej. Ostro atakował na przykład prof. Ryszarda Szawłowskiego za Wstęp do pracy Siemaszków oraz dra hab. Wiktora Poliszczuka za książkę Gorzka prawda. Atakował dr Lucynę Kulińską oraz krytykował konferencję poświęconą ludobójstwu OUN - UPA.

10) Na Ukrainie Zachodniej trwa od kliku lat produkcja mitów na temat tzw UPA. Jeden z tych mitów to walka UPA z faszystowskimi Niemcami. Skoro polski historyk G. Motyka podtrzymuje ten mit o walce "bohaterskiej" UPA z nazistami, w poszukiwaniu prawdy sięgnijmy po wywiad z niemieckim historykiem. Wypowiedź niemieckiego historyka rozbija ten mit w "proch i pył".

http://ukrslovo.org.ua/ukrayina/istoriya/frank-golchevski-zavdannya-kozhnogo-uryadu-politychne-vychovannya-naselennya.html

W historii Niemiec, podobnie jak wielu innych krajów europejskich, były tragiczne momenty, ale realizując plan edukacji politycznej społeczeństwa, Niemcom udało się przezwyciężyć dziedzictwo II wojny światowej i znaleźć swoje miejsce w nowoczesnej Europie. Na Ukrainie edukacja politycznie zdrowego i świadomego społeczeństwa nie jest jeszcze zakończona. Niemiecki historyk Frank Golczewski - jeden z autorów Historii Ukrainy napisanej w Europie, studiuje także działalność OUN-UPA. Analizuje złożone wydarzenia historyczne bez politycznych uprzedzeń. Ocena z zewnątrz bywa czasami przydatna, ale jednocześnie przypomina o konieczności prowadzenia własnej intelektualnej ofensywy. W wywiadzie dla gazety Dzień Frank Golczewski podzielił się swoimi własnymi naukowymi przemyśleniami o tym, dlaczego Rosja wyolbrzymia temat UPA, ale milczy o swojej armii Własowa, jaki jest związek między UPA i dywizją SS "Galicja", co jest powodem aktywizacji rosyjskich ruchów nazistowskich.

- Pan studiował stosunki niemiecko-ukraińskie w pierwszej połowie XX wieku. Najważniejszym dla zrozumienia tego okresu jest problem działalności OUN-UPA. Wciąż rozpowszechnione pozostają stereotypy, jakoby żołnierze UPA byli niemieckimi kolaborantami. Czy niemieccy naukowcy dysponują dokumentami archiwalnymi, które mogłyby obalić lub potwierdzić tezę, że UPA była sojusznikiem hitlerowskich Niemiec?

- Nie tylko archiwa niemieckie dają odpowiedź na to pytanie. Można ją otrzymać również w ukraińskich publikacjach. Na przykład, w szóstym i siódmym tomach "Roczników UPA" Taras Hunczak na podstawie niemieckich i innych archiwów opisał współpracę odłamu OUN, na którego czele stał Stepan Bandera, i współpracę UPA z armią niemiecką i dowództwem niemieckim. Faktycznie, OUN, podobnie jak wiele innych organizacji ukraińskich na emigracji, szukała wsparcia dla swoich działań i starała się nawiązać stosunki z różnymi krajami w Europie Zachodniej i Środkowej, w tym z Niemcami. Oczywiście, z różnym powodzeniem w róznych krajach. Z Niemcami sytuacja złożyła się tak, że Ukraińcy byli przydatni w walce z Rosją, Polską i Czechosłowacją (dotyczy Ukrainy Zakarpackiej). Dlatego taka współpraca istniała.

- Oczywiste jest, że obie strony starały się wykorzystać jedna drugą do własnych celów...

- Dokładnie. Właśnie dlatego współpracowali.

- Ale czy można uważać UPA za popleczników nazistów?

- Gdy UPA dopiero co powstawała w 1942 roku (do czasu, kiedy stało się jasne, że Niemcy nie osiągną spodziewanego zwycięstwa w wojnie, i że należy ustalić, do kogo należy Ukraina, w tym Zachodnia), dowództwo UPA nie chciało współpracować ani z Niemcami ani z nikim innym. Ale kiedy Armia Czerwona zbliżała się, sytuacja się zmieniła. Czy można to nazwać kolaboracją - to kwestia terminologii. Współpraca była. Obie strony dbały o własne interesy. I w tym momencie interesy UPA i dowództwa niemieckiego były zbieżne. W Niemczech, dyskusja na ten temat nie toczy się dlatego, że większość ludzi nie zajmuje się tym tematem i w większości prac naukowych o nim się nie mówi. Co się tyczy mnie, sytuacja jest odmienna. Oczywiste jest, że OUN miała własne cele, w rzeczywistości sprzeczne z celami nazistowskich Niemiec, ponieważ ounowcy chcieli stworzyć niepodległą Ukrainę. Ale jednocześnie oni rozumieli, że bez czyjegoś wsparcia nie uda im się osiągnąć swojego celu. W związku z tym OUN współpracowała z tymi, którzy w danym momencie mogli udzielić pomocy.

- W większości przypadków, oskarżając UPA o kolaborację, zwolennicy tej teorii powołują się na przykład dywizji SS "Galicja", który jednak również zdążył obrosnąć mitami i legendami. Czy w niemieckich archiwach znajdują się dokumenty dotyczące działalności SS "Galicja"? Jakie jest Pana zdanie na temat działalności tej dywizji?

- W różnych archiwach są różne dokumenty związane z tą dywizją. SS "Galicja" została utworzona przez Niemców po bitwie pod Stalingradem. Początkowo, w 1943 roku, OUN była przeciwna tworzeniu takiej dywizji. Już po dziewięciu miesiącach OUN zdecydowała, że dywizja może być dla niej przydatna. Rzecz w tym, że ukraińscy chłopcy przechodzili doskonałe wyszkolenie wojskowe w utworzonej przez Niemców dywizji, a następnie dezerterowali z niej, by zasilić szeregi UPA. Dlatego pomiędzy UPA i SS "Galicja" istnieje pewien związek, ale jest on bardzo skomplikowany. OUN poczatkowo nie popierała działalności dywizji, ale czasami wykorzystywała ją jako szkołę dla szkolenia żołnierzy UPA. Uważam, że na wydarzenia z II wojny światowej, szczególnie te związane z OUN - UPA, nie można patrzeć jak na odrębne fakty, powinny być one postrzegane jako proces, który odbywał się w bardzo trudnych warunkach politycznych.

- Proces w Norymberdze od czasu do czasu jest wykorzystywany w bataliach ideologicznych i sporach, przypisuje się mu potępienie ukraińskich sił politycznych lub ich formacji zbrojnych w czasie II wojny światowej, zwłaszcza OUN-UPA. Czy rzeczywiście jest to jest udokumentowany fakt?

- Nie słyszałem, aby podczas procesu w Norymberdze, zwłaszcza ze strony sowieckiej, w szczególny sposób był podnoszony temat UPA, choć muszę przyznać, że jeszcze nie zbadałem wszystkich 38 tomów procesu, ale na razie niczego ważnego, co dotyczyłoby OUN-UPA nie napotkałem.

- Jak Pan myśli, dlaczego w Rosji panuje bardzo niejednoznaczny stosunek do armii Własowa, która była naprawdę kolaboracyjną formacją nazistów, podczas gdy stosunek do UPA jest absolutnie nieprzejednany?

- Nie można powiedzieć, że absolutnie nieprzejednany. Ja jako historyk muszę odpowiedzieć na to pytanie z punktu widzenia państwa rosyjskiego. Wtedy można powiedzieć, że UPA walczyła o niepodległość Ukrainy, co oznacza, że we wszystkich przypadkach walczyła przeciwko wielkiej Rosji. Armia Własowa walczyła przeciwko ZSRR, ale mimo wszystko walczyła za Rosję. Jest to kwestia treści i formy. Dlatego poszczególni Rosjanie mogą postrzegać armię Własowa nie jako zdrajców, lecz jako odnowicieli poprzedniego ustroju, podczas gdy działalność UPA w każdym przypadku miała na celu podział ZSRR. Ja wam odpowiedziałem z punktu widzenia Rosji, bo historyk absolutnie prywatnej własnej opinii mieć nie powinien. Nie mogę wypowiadać się, czy stanowisko Rosjan jest dobre lub złe, tym bardziej nie mówmy Rosjanom, jak oni powinni realizować swoją politykę. Można jednak wskazać, czym się oni kierują w swoich decyzjach.

- Po zakończeniu procesu denazyfikacji w Niemczech nie zauważa się powstawania masowych ruchów faszystowskich. Natomiast teraz zjawisko to nabiera siły w Rosji. Pan studiował rosyjski nacjonalizm. Jak Pan ocenia szybkie rozprzestrzenianie się ideologii nazistowskiej i wzrost aktywnosci nazistowskich ruchów młodzieżowych w Rosji w ostatnim czasie, szczególnie biorąc pod uwagę, że ich przodkowie walczyli z nazizmem?

- Tak naprawdę, to w Niemczech także są radykalne ruchy. Czy są one masowe, czy nie - to sprawa względna. Dziś jest to w przybliżeniu dwa do trzech procent ludności Niemiec. Z jednej strony - mało, ale jak to przełożyć na liczby - to są dwa miliony ludzi. Tak, póki co te ruchy nie są tak intensywne. Co do Rosji, to z jednej strony taka sytuacja świadczy o rozerwaniu więzi między pokoleniami. Rosja wciąż promuje Wielką Wojnę Ojczyźnianą, ale wydaje się, że młodsze pokolenie szuka czegoś innego. Oczywiście, jest to szokujące dla starszych.< br/> Z drugiej strony w ruchach neonazistowskich uczestniczą młodzi ludzie, którzy nie są w pełni ukształtowani politycznie. Przyczyny należy szukać, po pierwsze, w spuściźnie Związku Radzieckiego, kiedy edukację polityczną zastępowała propaganda, a dzisiaj jest to kontynuowane w formie prostych odpowiedzi na skomplikowane pytania. Nazizm także daje proste odpowiedzi na złożone pytania - zawsze jest ktoś winien, a my musimy z tym kimś winnym walczyć. Jeśli ta młodzież osiągnie pewien poziom edukacji politycznej, ona zda sobie sprawę, że wszystko jest znacznie bardziej skomplikowane. Świat jest pełen bardzo złożonych problemów, których bez odpowiedniego wychowania nie może zrozumieć.

- Jak Pan uważa, czy istnieje ryzyko nasilenia radykalnych ruchów, na przykład na Ukrainie albo w innych państwach byłego Związku Radzieckiego, w których nie są w pełni ukształtowane instytucje społeczeństwa obywatelskiego?

- Musimy zrozumieć, że zagrożenie odradzenia się nazizmu istnieje wszędzie tam, gdzie nie jest realizowana edukacja polityczna ludności. Jeżeli może istnieć ruch nazistowski w Niemczech, to znaczy, że może powstać w każdym innym kraju. Dlatego zadaniem każdego rządu - jest edukacja polityczna społeczeństwa. Ale nasz świat jest bardzo skomplikowany, zwłaszcza dziś. Wyjaśnić to swoim spoleczeństwom - zadanie dla każdego państwa. Niemcy to rozumieją, niezależnie od tego, która partia polityczna jest przy władzy, dlatego polityka państwa w tej dziedzinie jest bardzo udana.

- Jednogłośnie potępiając hitleryzm, niektóre kraje nie dają tej samej oceny zbrodniom stalinizmu. Czy istnieje konieczność oficjalnego, na poziomie międzynarodowym, potępienia jednocześnie tych dwóch reżimów totalitarnych? Jaki jest stosunek do tego w Niemczech obecnie?

- Myślę, że zrównanie tych dwóch systemów nie jest w pełni możliwe, bo między nimi jest jedna istotna różnica. Ideologia narodowego socjalizmu była skierowana przeciwko innym narodom, a komunizm sam w sobie jest bardzo dobrym pomysłem, mającym na celu dobro całego świata. W praktyce te dwie ideologie okazały się bardzo podobne. Można nawet powiedzieć, że do pewnego stopnia Stalin był gorszy od Hitlera, bo Hitler robił to, co obiecał, a u Stalina był ogromny dystans między teorią a praktyką. Jednocześnie trzeba zrozumieć, że Stalin i Hitler nie mogą być traktowani jednakowo, tym bardziej dlatego, że pierwszy wygrał II wojnę światową a drugi przegrał. Naturalnie, że liczba ofiar obu systemów jest zbliżona, obydwaj dyktatorzy podobnie traktowali ludzkie ofiary. Byli ludźmi swego czasu, kiedy uważali, że ludzkie życie jest nic nie warte.

- Prezydent Rosji Dmitrij Miedwiediew, wyznaczając Michaiła Fedotowa szefem Rady przy Prezydencie Rosji do spraw wspierania rozwoju społeczeństwa obywatelskiego i praw człowieka, wyznaczył zadanie przeprowadzenia destalinizacji w świadomości publicznej. Jak Pan myśli, czy można powiedzieć, że Rosja konsekwentnie przeprowadza proces destalinizacji i szczerze potępia zbrodnie stalinizmu?

- Nie wiem. Historycy mają do czynienia z przeszłością, która może być oceniana na podstawie dokumentów. Nam nie są znane decyzje podejmowane w ośrodku władzy państwa. Trudno powiedzieć coś o polityce wewnętrznej Rosji, dopóki nie będzie rosyjskiegio "weekyleaks". Choć dziś wydaje się, że w Rosji są różne ruchy polityczne. Prezydent Miedwiediew nie w pełni naśladuje Putina. Trudno powiedzieć, w jakim kierunku zmierza Rosja.

- Jest Pan jednym z autorów pierwszej w Europie Zachodniej "Historii Ukrainy" od 1991 roku. W XX wieku Niemcy odegrały kontrowersyjną rolę w historii Ukrainy. Po upadku Imperium Rosyjskiego były sojusznikiem URL i państwa ukraińskiego Pawła Skoropadskiego. Jednak cele własne Niemiec, geopolityczne intrygi krajów europejskich były jednym z powodów zwycięstwa bolszewików na Ukrainie. To doprowadziło do tragicznych konsekwencji. Jak Pan ocenia miejsce i rolę Ukrainy w Europie dzisiaj? Czy można dokonać porównania z wydarzeniami sprzed 80-tu lat?

- To skomplikowane. Po I wojnie światowej widzieliśmy w Rosji rozpad kraju, który przegrał wojnę. Niemcy chciały wyskorzystać sytuację - chciały zawrzeć separatystyczny pokój z Rosją. Powiem szczerze, że Niemcy nie lubiły rządu URL, dlatego poparły zamach stanu Skoropadskiego. Ponadto informację o Ukrainie w Europie Zachodniej kształtowali Polacy. Pewne podobieństwa rzeczywiście istnieją. Podobnie jak w latach 1917-1918, również w 1991 r. rząd ukraiński nie od razu wziął kurs na niepodległość kraju. Dlatego oczywiste jest, że ludność Ukrainy szuka dobrych stosunków z Rosją. Zresztą poprzez długie granice i gospodarkę Ukraina jest związana z Rosją.

- Cała Ukraina jest zainteresowana w normalnych, równych, sprawiedliwych stosunkach z Rosją. Ale jest problem, ponieważ nastroje w Rosji, zwłaszcza jej klasy politycznej, nie sprzyjają powstaniu takich relacji, ponieważ Rosja nie postrzega Ukrainy jako równego partnera w interesach. Samymi tylko ustępstwami ze strony Ukrainy rozwiązać problemu nie można. I Europa musi to zrozumieć.

- Po pierwsze, Rosjanom jest bardzo trudno dostosować się do faktu, że Kijów - jest teraz w innym kraju. Co się tyczy stanowiska Europy, Europejczycy w tym przypadku kierują się nie moralnością lecz rachunkiem ekonomicznym. Europa nie jest zainteresowana angażowaniem się w błahe spory pomiędzy krajami. Z powodu konieczności utrzymania bezpieczeństwa energetycznego chce pokoju i dobrych stosunków z Rosją. Europa nie będzie występować przeciwko Rosji i życzy sobie, aby Ukraina miała dobre stosunki z Rosją. Ale najciekawsze jest to, że Rosjanie w rzeczywistości nie potrzebują budować imperium. Ale przyzwyczaili się do myśli, że imperium jest potrzebne. I rozwiązanie tego problemu tylko z pomocą demokracji jest niemożliwe. Tutaj konieczne jest zaangażowanie się w edukację polityczną społeczeństwa.


KOMENTARZ

Stanisław Kulczycki, doktor nauk historycznych, profesor, zastępca dyrektora Instytutu Historii Ukrainy Narodowej Akademii Nauk Ukrainy:

- Bardzo ciekawy, zawierający mnóstwo głębokich myśli wywiad, i mój komentarz mógłby być bardzo długi. Ale ograniczę się do minimum. Oczywiście, OUN współpracowała z niemieckimi tajnymi służbami jeszcze przed dojsciem Adolfa Hitlera do władzy. Była zbieżność interesów. Podczas II wojny światowej także współpracowała, ale na najniższych szczeblach niewielkich pododdziałów jak, na przykład, dane wywiadowcze za broń. Na wyższym szczeblu nie mogli współpracować: Wehrmacht nie mógł tolerować na swoich tyłach niekontrolowanych sił zbrojnych, a kierownictwo OUN nie chciało się pakować w przyjaźń z Hitlerem, kiedy stało się jasne, że jest on skazany na zagładę. W tym wywiadzie wszystko powiedziano jednym stwierdzeniem: obie strony starały się wykorzystać siebie nawzajem w swoich własnych interesach. UPA i dywizję SS "Galicja" wielu stara się sprowadzić do wspólnego mianownika. Ale UPA - to ukraińska formacja zbrojna, dywizja - niemiecka jednostka wojskowa. Nic więcej nie trzeba dodawać. Chyba tylko to: Ukraina miała jedna taką dywizję SS, a Rosja - dwie. Ale na temat dywizji SS "Galicja" jest ogromna literatura (w Rosji niedawno wydano kolejną książkę), a dwie rosyjskie dywizje pozostają nieznane nikomu.

Odnośnie procesu norymberskiego. Organizatorami procesu byli sojusznicy, w tym i rząd sowiecki. Gdyby tylko zechciał, mógłby wnieść na wokandę problem z OUN-UPA. Ale on nie chciał, nie był wtedy tym zainteresowany, tak jak jest teraz. A zainteresowanie jest uzasadnione powodami, które rodzą się teraz, i nie mają bezpośredniego związku z tym, co było w czasie wojny.

Mnie szczególnie spodobała się odpowiedż na pytanie o różnicę między hitleryzmem i stalinizmem. Właśnie, nie trzeba wszystkiego sprowadzać do tych osób. Musimy mówić o narodowym socjalizmie i komunizmie. Oczywiście, to są różne rzeczy. Komunizm - to biblijne prawdy, jak można im zaprzeczyć? Ale komunizm można ustanowić za tysiąc lub za kilka tysięcy lat, jeżeli ludzkość będzie się rozwijać w takim samym tempie jak obecnie. A jeśli jest wprowadzany w życie pod przymusem, to wyjdzie tak jak wyszło: w Niemczech Hitler wymordował dziesięć razy mniej ludzi niż Stalin w Związku Radzieckim. Bo komunista Stalin niszczył swoich, a nazista Hitler - obcych. Taka prawidłowość komunistycznego budownictwa: utopia może być zrealizowane tylko terrorem. Ale jak to wyjaśnić moim rówieśnikom, którzy teraz zbierają pieniądze w Zaporożu na nowy pomnik Stalina? Oto co jest tragiczne.


Rozmawiała Wictoria Skuba


Informacja: Frank Golczewski - niemiecki i polski historyk Europy Wschodniej, specjalizujący się w historii Ukrainy, Rosji i Polski. Od 1969 do 1973 studiował historię, anglistykę, filozofię i pedagogikę na Uniwersytecie w Kolonii. W 1973 roku Frank Golczewski obronił pracę doktorską na temat Wizerunek Niemiec w Polsce w latach 1918-1939. Później pracował jako pracownik wschodnioeuropejskiego wydziału badań Federalnego Centrum Nauk Politycznych. Od 1983 roku Frank Golczewski został mianowany profesorem historii nowożytnej w zakresie tematycznym Europejska historia XIX i XX wieku na Uniwersytecie Bundeswehry w Hamburgu, a w 1994 r. został profesorem Wschodnioeuropejskiej historii na Uniwersytecie w Hamburgu.

Jest autorem książki Niemcy i Ukraińcy w latach 1918-1939 (2010) oraz współautorem prac zbiorowych, takich jak Historia Ukrainy (1993) - jednej z pierwszych historii Ukrainy w Zachodniej Europie po odzyskaniu niepodległości - i Rosyjski nacjonalizm (1998).


Źródło: Gazeta Dzień