Tuczna, powiat Przemyślany, woj. tarnopolskie.

Trzy siostry


Moje ciocie, Maria i Kazimiera Górska oraz babcia Józefa Górska urodziły się we wsi Tuczna, powiat Przemyślany, woj. tarnopolskie. Była to wieś o mieszanej, polsko-ukraińskiej ludności. Zamieszkiwał tam również jeden Żyd, który prowadził sklep. Stosunki sąsiedzkie były dobre. Było kilka mieszanych małżeństw, w których problem wyznania rozwiązywano w następujący sposób: jeśli mąż był Polakiem, a żona Ukrainką, wtedy mąż zabierał w niedzielę synów do kościoła, a żona zabierała córki do cerkwi. Synowie dziedziczyli wyznanie po ojcu, córki po matce. Była to często spotykana praktyka. Wszyscy mieszkańcy wsi chodzili regularnie albo do kościoła albo do cerkwi. Nie było takich, którzy z jakichś powodów nie pojawiali się na niedzielnej mszy.

Rodzice i dziadkowie sióstr pracowali w polu. Tata (Wojciech Górski) miał dwa ładne, zadbane konie na gospodarstwie. Mieszkali w drewnianym, dwuizbowym domu, który gacono na zimę (tj. okładano liśćmi w celu ochrony przed mrozem). W domu była sień, izba sypialna z łóżkami, kuchnia z piecem i zapieckiem oraz niewielka komórka-spiżarka. Dom był kryty strzechą. W pobliżu domu stała szopa i stodoła. Ciocia Marysia pamięta, że mieszkając jeszcze w Tucznej chodziła do szkoły. Miała tabliczkę i rysik, ale nie pamięta, w jakim języku pisała w szkole.

Dzieci od najmłodszych lat pomagały rodzicom w pracy: wypasały krowy, zbierały grzyby, pomagały w polu, zajmowały się młodszym rodzeństwem.

Gdy do Tucznej docierały wieści, że w sąsiednich wsiach morduje się Polaków, robiono sobie kryjówki na noc. Mężczyźni uciekali w pola, kobiety z dziećmi często chodziły spać do sąsiadów. Dzieci uczono pacierza po ukraińsku, gdyż banderowcy kazali się dzieciom modlić, by rozpoznać, jakiej są narodowości. Przychodzili zazwyczaj nocą. Za pierwszym razem zabrali z domu maszynę do szycia i powybijali szyby. Siostry były wtedy z mamą u sąsiadów, a tata ukrywał się w polu. Upowcy podejrzewali, że tata ma broń, ponieważ służył w wojsku w 1939 roku. Po wsi chodzili Ukraińcy i mówili, żeby się nie chować i nie uciekać, bo idą święta i przecież nikt im krzywdy nie zrobi, ale ludzie i tak się ukrywali.

Ostatni napad na Tuczne, jaki pamiętają siostry, miał miejsce około 20 kwietnia 1944 roku w dzień, około godziny 14:00. Ukraińcy otoczyli wieś i zaczęli podpalać. Tata, który zazwyczaj uciekał w pola, tym razem musiał schronić się gdzie indziej, bo wieś była już otoczona i nie było możliwości się przedrzeć. Ukrył się w stodole. Był pewien, że jej nie podpalą, ponieważ stała w pobliżu ukraińskich zabudowań. Babcię sióstr rozstrzelano przed domem. Następnie przyszli do domu po mamę. Wywlekli ją przed dom, razem z córką Marysią, która była uwieszona na jej szyi. Na widok tylu uzbrojonych ludzi czekających na podwórku, Marysia ze strachu puściła mamę i zaczęła uciekać. Biegnąc w stronę szopy sąsiadów usłyszała dwa strzały. Mama, gdy ją zastrzelono, miała około 28 lat. Ciocia Marysia schowała się pod wozem w szopie u ciotki, która wyszła za Ukraińca. Schowana tam widziała, jak tata paląc się wybiega ze stodoły.

Rodzeństwo mamy, 35-letniego Marcina i 18-letnią Marysię, mieszkające niedaleko domu dziewczynek, także zamordowano. Marysię Ukraińcy zabrali ze sobą do lasu. Zgwałcili, obcięli jej piersi i powiesili.

Ukraińcy po zastrzeleniu mamy zaczęli szukać taty. Nie było go w domu, więc weszli do stodoły. Kłuli bagnetami słomę, ale nikogo nie znaleźli, choć wiedzieli, że gdzieś tu się ukrywa. Zdenerwowali się i podpalili stodołę. Tata nie chciał od razu wyjść z ukrycia, bo słyszał ich głosy. Chodzili wokół stodoły i czekali, aż ktoś wybiegnie. Tata zaczął dusić się od dymu. Najpierw próbował oddychać przez ubranie, potem włożył sobie ziemię do ust. Tkwił w stodole tak długo, aż był pewien, że Ukraińcy odeszli. Wtedy, już płonący, pobiegł do domu stryja, by zobaczyć czy ktoś z rodziny ocalał. W domu leżały ciała całej rodziny wraz z dziećmi poukładane na stercie. Wybiegł stamtąd i wskoczył do rzeczki, by się ugasić.

Ciocia Marysia widziała, jak tata biegnie paląc się, a zanim ciągnie się białą smuga. Potem pytała go, co się tak paliło, czy był może pozawijany w jakieś szmaty, a on odpowiedział, że nie, że to skóra na nim się tak paliła. Jak tata wybiegł ze stodoły, dom już też płonął. Ciocia Kazia (wtedy 6 lat) i babcia Józia (wtedy 4 lata) przez cały czas siedziały w pobliżu płonącego domu na worku ze zbożem. Wokół nich chodzili Ukraińcy. Nie byli umundurowani, ale mieli karabiny.

Tata, dalej uciekał rzeczką, aż dotarł do domu krewnej Michaliny. Był cały opuchnięty i poparzony, prawie już nic nie widział na oczy. Krewna mu poradziła, żeby się u niej nie zatrzymywał, bo jej syn jest w “bandziorach” i jak wróci do domu, to na pewno się zainteresuje gościem. Zaprowadziła go więc do lasu, do kryjówki. Następnie pomogła mu dostać się do Chlebowic, gdzie mieszkała Wiktoria Stopyra, siostra taty. Wiktoria poprosiła swojego sąsiada, Ukraińca, by zawiózł tatę do szpitala w Świrzu. Sąsiad pojechał z tatą do Świrza. Upowcy zamordowali tego człowieka jeszcze w ten sam dzień. Potem tata dotarł do szpitala w Przemyślanach. Gdy trochę się podleczył, siostra, wyjeżdżając do Polski, zabrała go ze sobą do miejscowości Markowa, skąd wyruszył po dzieci. Będąc jeszcze w Przemyślanach, tata prosił niemieckich żołnierzy, by pojechali do jego wsi ratować dzieci, ale jak zobaczyli na mapie, gdzie to jest, odpowiedzieli mu, że tam to oni nie pojadą, bo się boją.

Tata z Markowej pojechał do Przemyślan. Poprosił sprzedające na targu kobiety, by przyprowadziły mu dzieci. Siostry podczas nieobecności taty zamieszkiwały u różnych rodzin, każda w innym domu. Ciocia Marysia pamięta, jak mieszkając u obcej rodziny wypasała krowy i zauważyła zbliżającego się uzbrojonego człowieka i zaczęła uciekać. Gdy wróciła do domu, ukraińska rodzina uświadomiła ją, by nigdy więcej tak nie robiła; by nie uciekała, bo to wzbudza podejrzenia. Tata powiedział kobietom z targu, żeby zabrały sobie cokolwiek tam jeszcze z domu i gospodarstwa zostało, ale żeby oddały mu dzieci. Dwie starsze panie zgodziły się i pieszo przyprowadziły na targ do Przemyślan 3 siostry z miejscowości oddalonej o 18 km. Tata zabrał je i udali się do Lwowa.

Dziewczynki nie miały kompletnie nic ze sobą, jedynie letnie sukienki, w których przyszły do Przemyślan. Nie miały nawet butów. Na dworcu we Lwowie tata rozścielił na podłodze płaszcz, na którym dziewczynki mogły się położyć, a sam poszedł się rozejrzeć i zasięgnąć informacji. Gdy wrócił, wokół dziewczynek było już zbiegowisko. Niemiecki żołnierz pytał: “Czyje to dzieci?” Tata odpowiedział, że jego. Niemiec spytał, dokąd chcą jechać. Widząc bose dzieci i opuchniętego, zabandażowanego tatę, zlitował się i pomógł im dostać się na pociąg do Rzeszowa. Wszystkie wejścia do pociągu były pozamykane, ale Niemiec otworzył i wpuścił najpierw tatę z dziewczynkami, a potem pozostałych ludzi.

Na Rzeszowszczyźnie Polacy udzielali schronienia przesiedleńcom z Kresów. Gospodarze przyjeżdżali na dworzec w Rzeszowie furmankami i zabierali tych, którzy nie mieli się gdzie podziać. Tata spędził z dziewczynkami niecałe dwa lata w miejscowości Markowa. Były tam trudne warunki mieszkalne,ciasnota i brak higieny, jak zresztą w wielu domach podczas wojny i zaraz po jej zakończeniu. Dziewczynki zachorowały na świerzb. Tata smarował je maścią przeciw świerzbowi, którą dostał od rosyjskiego lekarza. Ciocia Marysia pamięta, że zapach tej maści był nie do zniesienia. Ciocia Marysia i Kazia uczęszczały w Markowej do szkoły podstawowej. Babcia Józia była wtedy jeszcze za młoda, żeby chodzić razem z nimi. Brakowało im wielu podstawowych rzeczy. Tata własnoręcznie zrobił dziewczynkom buty, by miały w czym chodzić do szkoły. Ze zużytych puszek z pasty do butów wycinał spinki i sprzedawał, by zarobić parę groszy, z krowich rogów wycinał grzebienie. Babcia pamięta, jak jednego wieczoru, gdy wszyscy w czwórkę uklękli do wieczornej modlitwy, ku zdziwieniu taty i starszych sióstr babcia Józia zaczęła modlić się po ukraińsku, tak jak ją wcześniej nauczono.

Gdy w 1945 roku skończyła się wojna, uciekinierzy z Kresów zaczęli szukać sobie miejsca, gdzie mogliby zamieszkać. Tata miał nawet kupione bilety do Warszawy, gdzie szukali fachowców. Chciał tam pojechać i pomagać odbudowywać stolicę, ale krewni go nakłonili, by został i by trzymali się razem.

W 1946 roku tata dowiedział się, najprawdopodobniej z radia, że w okolicach Wrocławia są pozostałe po Niemcach zabudowania i że niektóre nadają się do ponownego zasiedlenia. Pojechał sprawdzić najpierw do Marszowic, a potem do Żernik Wrocławskich. Wybrał Żerniki. Przyjechali tam z niczym, bez środków do życia. Cały dorobek pozostał na Ukrainie.

Wszystkie domy i gospodarstwa, które były w dobrym stanie, były już dawno pozajmowane. Było jedynie miejsce w niedużym, niskim bloku, w którym mieszkały już dwie inne rodziny. Wybrali ten blok, ale tata szukał dalej. Wreszcie znalazł zniszczony dom z zabudowaniami gospodarskimi na skraju wsi. Odremontował go i zamieszkał tam z córkami.

Prawie wszyscy ludzie w Żernikach to byli uciekinierzy ze wschodu. Traktowali Żerniki jako miejsce tymczasowego pobytu. Nie chcieli zapuszczać korzeni. Wielu z nich liczyło na to, że kiedyś wrócą do siebie.

Każdej rodzinie poprzydzielano pole. Tata dostał około 6 ha. Wojsko pozasiewało, a potem ludzie mogli kosić swój przydział. Rodzinie bardzo pomogła UNRRA[1]. Tata dostał krowę i konia. Jednak mimo tego, że mieli dach nad głową, swój kawałek pola i zwierzęta, to brakowało im wielu rzeczy. Tata robił wszystko sam. Sam szył ubrania, robił rękawiczki z wełny na szydełku. Nie mając nigdy wcześniej do czynienia z prądem, skonstruował młynek do prosa. Robił też okna i koła do wozów.

Co ciekawe, istniał pewien nieformalny podział mieszkańców Żernik: dzielili się na “Hucułów” (tak określano mi.in. ludzi z tarnopolskiego) i “Wołyniaków”. Wołyniacy wyróżniali się akcentem. Dziewczynki natomiast mówiły ładnie po polsku, dzięki temu, że przez pewien czas zamieszkiwały na Rzeszowszczyźnie i stamtąd nabyły językowych wzorców. Niemniej jednak w szkole dzieci przezywały je “Hucułki”. Kres temu położyła nauczycielka, która pochodziła z tego samego regionu, co siostry. Powiedziała dzieciom w klasie: “Wy tumany, wiecie kto to są Hucuły? Weźcie sobie mapę i zobaczcie, gdzie Hucuły mieszkają.” Początkowo nawet nie żenili się “Hucuły” z “Wołyniakami”. Ciocia Marysia była jedną z pierwszych, która wyszła za Kazimierza Klepuszewskiego, “Wołyniaka”.

Na moje pytanie dotyczące tożsamości sióstr, odpowiedziały, że czują się i stąd i stąd; zarówno Wrocławiankami, jak i Kresowiankami.

Pytałam, czy przed napadami dorośli pouczali dzieci, jak się maja zachować i co robić. Ciocia odpowiedziała, że “nie było czasu”.

Mówiła, że Ukraińcy brali dzieci za nóżki i walili o ścianę. Na moje pytanie, jakie jest ich pierwsze skojarzenie ze słowem Ukrainiec, odpowiadają: “Okropne. Ale po tych przeżyciach. Wcześniej nie było źle. Nic byśmy im nie zrobiły, ale swoje pamiętamy.”

Ciocia Marysia prosiła, aby podkreślić, że dużo zawdzięczają pomocy z UNRRA oraz, że miały tak dobrego i troskliwego tatę, jak mało kto. Został nagle sam z dziewczynkami w wieku 4,6 i 8 lat i zajął się nimi najlepiej jak potrafił. Wychował je i starał się im zapewnić wszystko, czego im brakowało.


Spisane na podstawie wywiadu przeprowadzonego z ciocią Marią Klepuszewską (zd. Górską), ciocią Kazimierą Górską i babcią Józefą Ryż (zd. Górską) przez Katarzynę Satławę dnia 3 i 4 lipca 2010 w Żernikach Wrocławskich.

[1] United Nations Relief and Rehabilitation Administration (UNRRA z ang. - Administracja Narodów Zjednoczonych do Spraw Pomocy i Odbudowy) - organizacja utworzona przez Narody Zjednoczone w 1943, w Waszyngtonie, w celu udzielenia pomocy obszarom wyzwolonym w Europie oraz Azji po zakończeniu II wojny światowej.